"smutne, szare, niewyraźne kształty"
Po dwóch opowiadaniach o potędze technologii, nadążania za rzeczywistością i zgody na to, czego zmienić nie możemy, dostajemy magiczną dystopię o niezgodzie.
"Opowieść miłosna o końcu świata" Martyny Biesiady budzi we mnie mieszane uczucia i szczerze mówiąc najłatwiej mi ją czytać jako wariację na temat Wilkołaka: Apokalipsy. Nie chodzi tylko o to, że ponieważ jestem kim jestem i moje działania na polu fikcji klimatycznej w Polsce to gra o wilkołakach w Białowieży, więc wszystko mi się kojarzy. Pewnie, trudno żeby się nie kojarzyło kiedy bohaterka ma zdolność przechodzenia do tajemnego świata-obok-świata i przynajmniej jeden epizod krwawego szału za sobą. Albo kiedy jest tak przybita stanem świata, że w którymś momencie przestaje w ogóle próbować korzystać ze swoich umiejętności, bo uważa że i tak nie ma sensu. Ale całe to opowiadanie jest też przesiąknięte taką czarno-białą wizją rzeczywistości, która jest bardzo wilkołacza: ludzie źli, natura dobra, walka z góry przegrana.
Nie przepadam za większością dystopii. Instynktownie się przed nimi bronię, uważam że to ćwiczenia z budowania chochołów, ich naiwność denerwuje mnie o wiele bardziej niż naiwność utopii (nie pytajcie mnie o Drogę McCarthy'ego). Jeśli dystopia nie przyzna się bardzo szybko do tego, że kłamie i przerysowuje to jej nie poważam, tak już mam.
Wilkołak się szczęśliwie przyznaje - podręcznik często podkreśla, że czarno-białe myślenie to cecha wilkołaków, nie autorów gry czy graczy - i "Opowieść miłosna..." trochę na tym wygrała, bo kiedy poszło skojarzenie to łatwiej mi było przyjąć, że no ten świat i ta wizja to jest raczej narzędzie artystyczne niż robiona na serio ekstrapolacja na temat rzeczywistości. I dobrze, bo jako ekstrapolacja rzeczywistości by się nie sprawdziło. Pewnie można do tego dojść i bez skojarzeń z wilkołakiem - bohaterka jest pogrążona w depresji przez niemal całe życie świat obserwujemy z jej perspektywy i łatwo byłoby może namierzyć to, że ona nieco zakłamuje rzeczywistość, z drugiej strony jednak - tekst stoi na stanowisku że depresja i niezgoda są jedynymi przyzwoitymi odpowiedziami na stan świata. Zresztą ten stan całkiem depresję usprawiedliwia.
Stan jest taki, że świat się stacza, nikogo to nie obchodzi, mamy rok pewnie mniej więcej czterdziesty czy pięćdziesiąty ale wszyscy robią business as usual. Społeczeństwo wygląda tak jak wyglądało, jest mordor, analitycy danych, prace na słuchawce i firmy farmaceutyczne. Tylko roślin i zwierząt nie ma.
I mogłabym tu w rant, że to jest absolutna porażka worldbuildingu, ale zgodziłam się na to, że to jest świadomie przerysowana dystopia i tak będę do niej podchodzić, więc rantu nie będzie. Nie o worldbuilding nam chodzi, a o nastrój, o wyrażenie emocji, może jakiegoś krajobrazu wewnętrznego.
Emocją, którą to opowiadanie wyraża jest strata. Stefa, nasza bohaterka, czuje ją od dziecka, bo obserwuje jak świat wokół niej umiera. Od dziecka jest w tym poczuciu osamotniona - nikt inny nie przejmuje się jakoś bardzo ginącymi gatunkami. Po dwudziestu ośmiu latach tego osamotnienia i ciągłych strat, Stefa postanawia zakończyć smutną egzystencję i zostaje świadkinią cudu - jakiś mężczyzna przywraca do życia martwą mewę. W obliczu tego Stefa postanawia żyć (z tym typem), jednak ponieważ jesteśmy w gatunku i tematyce takich, jakich jesteśmy, typ również zostaje jej odebrany. To dla niej koniec wszystkiego - zostaje pustą skorupą na wiele lat, bo obiecała mu, że nie zabije się tak od razu po jego śmierci. Po tych latach wreszcie znów używa swoich mocy, by uratować sarnę i sarniątko, dokonawszy zaś tego dzieła umiera i łączy się z ukochanym w zaświatach.
Musiała być pewna, że doprowadzi zwierzęta do Przejścia i że je przed nimi otworzy. Świat, w takim kształcie, jaki nadali mu ludzie, nie zasługiwał na sarny. Nie zasługiwał na kruki, psy, chomiki i szynszyle. Nie zasługiwał na krowy, lisy i kury. Na słonie, nosorożce i wilki grzywiaste. Na kawki, płetwale i mewy. Być może kiedyś wrócą – w innym czasie, w innej formie czy w innym kształcie, ale teraz nie powinno ich tu być.
(...) Zwierzęta minęły ją cicho i zniknęły za zasłoną. Stefa chciała wstać i pójść razem z nimi, ale nie była w stanie oderwać dłoni od kamienia – czuła się strasznie słaba i wiedziała, że umiera. To był ten moment, chwila, do której konsekwentnie dążyła całe swoje życie i której tak wyczekiwała.
Rozczarowująca.
Do czasu, kiedy poczuła, że faktycznie po nią przyszedł, i zrozumiała, że naprawdę czekał, zgodnie z obietnicą. Usiadł przy niej, tak jak to robił, kiedy siadali wspólnie pod jesionem. Oparła głowę o jego ramię, a Adam ujął ją za rękę. Siedzieli tak przez chwilę, nic nie mówiąc, i wreszcie wszystko było tak, jak być powinno.
Napisałam na początku, że kojarzy mi się to opowiadanie z Wilkołakiem: Apokalipsą, teraz mam też poczucie że jest bardzo chrześcijańskie - z tym lepszym światem możliwym tylko po śmierci, z mężczyzną imieniem Adam mającym moc wskrzeszania - i zastanawiam się czy to szukanie nawiązań i szerszej ramy nie bierze się z tego, że ekstremalnie niewiele dowiadujemy się o świecie, po którym porusza się bohaterka, a jednocześnie mam wrażenie, że jest pisany jakby prawa którymi się rządzi były oczywiste. Dowiadujemy się, że są ścieżki, moce, Przejście rządzi się symbolicznymi prawami, które się z czymś kojarzą - ale nic o tych prawach, ścieżkach i mocach nie wiemy. Gdzieś tam są; na ścieżkach trzeba uważać na pewne rzeczy, choć na inne nie, można je otwierać i zamykać, są w jakiś sposób wytyczone, nie można się po nich poruszać dowolnie, to wszystko są szczegóły które mogłyby pomóc mi być ze Stefą w jej rozterkach, gdybym je poznała - ale nie poznaję, więc zostaje mi tylko smutek i tragiczna, pusta historia miłosna, garść romantycznych slajdów i smutne zakończenie podczas polowania, które nie ma prawa się odbyć skoro nie ma zwierząt.
Być może Stefa jest w jakimś piekle albo czyśćcu, może jej rolą jest się stamtąd wydostać. Może wszystko co się dzieje w tej historii jest odbiciem jej wewnętrznego świata, wszystko jest dla niej. Pociąga mnie taka duchowo-introspektywno-senna interpretacja, pozwala temu opowiadaniu być najlepszą wersją siebie, pozwala Stefie zmieniać role - z osoby która postanawia ze sobą skończyć pracując na słuchawcę w osobę, która ma bogatych rodziców, po których ma odziedziczyć firmę, z kogoś kto mamrocze na bananowe dzieci w kogoś kto dostaje najlepszego adwokata. Jeśli to wszystko jest jakąś jej wizją albo marzeniem sennym, to wszystko się tutaj zgadza, tylko ja jako osoba która chciała usłyszeć historię jestem nieco zawiedziona - ale może dobrze, że mam poczucie straty, ostatecznie o to tu chodzi.
Bo w ogóle początek opowiadania jest porywający. Przygnębiona robotnica, która rzuca wszystko i otwiera magiczne przejście do rzeczywistości obok/pomiędzy by uratować dwie spotkane w środku industrialnego kompleksu sarny (co one tam robią? czy ona je przeprowadza czy one ją? czy Adam je wysłał? - to akurat ekscytujące pytania) to świetne otwarcie. I tajemnica tej drugiej rzeczywistości niesie nas przez opowiadanie całkiem nieźle, choć, jak pisałam, działałaby lepiej, gdyby jednak została rozwiązana.
Niemniej jednak "Opowieść miłosna..." zostawia czytelniczkę - jak widać - zaintrygowaną. Jest katarktyczna, jej rozwiązanie jest eskapistyczne i proste, jest czarno-białą dystopią, ale mam wrażenie, że robi jakąś zadrę, że będzie mnie pytać o rzeczy i domagać się jakiejś interpretacji jeszcze przez jakiś czas.