"Robię co potrafię"
Biały kruk wydał antologię fikcji klimatycznej, więc postanowiłam ją sobie przeczytać i poomawiać. Potem okazało się, że ma 441 stron i zawiera mikropowieść, więc nie wiem czy wytrwam w tym postanowieniu, ale póki co czytam i mam Przemyślenia o pierwszym opowiadaniu.
Przy pierwszej lekturze "Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy!" Marty Magdaleny Lasik mnie wkurzyło. Pogubiłam się w postaciach, relacjach, worldbuildingu, dziwnej terminologii, szczegółach funkcjonowania elektrowni heliotermalnej, w skrótach i synonimach, w bohaterce. Dopiero druga lektura pomogła zrozumieć dlaczego ten tekst wygląda tak, jak wygląda i docenić tak świat w nim zarysowany, jak konflikt.
Zaczynam tę notkę po raz trzeci, głównie dlatego, że za każdym razem próbowałam zacząć od emocji i relacji bohaterki, co wydaje się dość oczywistą ścieżką. Piszę te notki o opowiadaniach od ładnych paru lat i no wiadomo, piszę je bo każde opowiadanie jest inne, ale z grubsza wiem z czym to się je.
A Baby Jagi się tak zjeść nie da, dlatego, że konflikt, emocje i relacje, choć rozgrywają się między bohaterką, jej rodzicami, a jej przyjaciółmi z pracy i okolic, choć można je nawet, jak się chce sprowadzić do walki o prawo do samostanowienia i konfliktu pokoleń, są nie do oderwania od melancholijnego, wygasającego świata przedstawionego w opowiadaniu.
Żanna pracuje w elektrowni heliotermalnej we Wrocławiu przyszłości. Wrocław przyszłości składa się z dwóch(?) wertykalnych miast, w większości znajdujących się pod ziemią(?) - arkologii. Miasta zasilane są przez rzeczoną elektrownię heliotermalną, która dostarcza prądu, używanego głównie po to, żeby zasilać Życie - wirtualną rzeczywistość, w której ludzkość, ze względu na katastrofę klimatyczną, już niepodróżująca, może pozostawać połączona i opływająca w (wirtualne) zasoby. Świat chyli się ku upadkowi, ale w Życiu można zaspokajać potrzebę wiecznego wzrostu i posiadania.
Ludzi jest coraz mniej. Miasta, które niegdyś pokrywały połacie ziemi padają - albo może lepiej byłoby powiedzieć, że "wracają do natury". Każdy wytworzony przez ludzkość przedmiot jest cenny i należy o niego dbać i go oszczędzać - produkcja nowych rzeczy jest trudna, łańcuchy dostaw niemal nie istnieją.
"Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni i nawet małe rzeczy się liczą (...) Nie ma moje i twoje. Wszystko jest w jakiś sposób wspólne. Jesteśmy właścicielami rzeczy przez chwilę, ale one istnieją znacznie dłużej”
mówią rodzice bohaterki
I choć brzmi to wszystko bardzo ponuro, urzekł mnie ten świat. Jest nostalgiczny i jakoś szlachetny, jest ciekawy, moim zdaniem - choć Żanna odżegnuje się jak może od "wizji solarpunkowej przyszłości" - solarpunkowy właśnie. Żanna jeździ deską na żagiel, jej współlokatorka robi przetwory w słoikach, jej kolega z pracy, kiedy przychodzi moment że trzeba się spieszyć, przyjeżdża po nią wozem zaprzężonym w konia. Każda rzecz kiedyś należała do kogoś innego i każdą ktoś po nas przejmie. Jeśli to nie jest solarpunk to nie wiem co nim jest, i podejrzewam, ze autorka, każąc Żannie powtarzać że to nie jest solarpunk i że nie będzie budować solarpunku, po prostu robi sobie z niej trochę jaja.
(ja wiem, że żyjemy w świecie rozmytych definicji, ale staram się bronić przynajmniej tego, że punk oznacza estetykę schyłku)
Całe to opowiadanie jest o tym, jak różni ludzie i różne pokolenia ustosunkowują się do tego gasnącego świata. Żanna jest zdania, że no cóż, wymieramy jak każdy inny gatunek, świat umiera. Nie to, że jest defetystką albo nihilistką - swoją rolę w świecie pełni sumiennie, z ogromnym przejęciem i zaangażowaniem, ale no właśnie, pełni ją. Przyjmuje. Akceptuje, że świat wygląda tak, jak wygląda, a to oburza jej rodziców.
– Za co przepraszasz, Żanni?! (...)
– Za to, że nie potrafię na to patrzeć jak wy – wycedziła wreszcie. – Że nie śnię o odnowie, o solarpunkowej przyszłości. Że potrafię obsługiwać elektrownię, ale nie umiem projektować od zera nowych technologii. Że trwam i że nie robię dość, że nie chodzę wiecznie wściekła na ludzi, którzy dawno zgnili w ziemi! Za to, że pogodziłam się z myślą, że wymrzemy powoli i po cichu jak wiele innych gatunków przed nami i –
– Które zabiliśmy!
– I swój własny też zabijemy, już –
– I to nie wywołuje w tobie buntu, nie napędza cię do zmian?!
– Nie, nie wywołuje. Żyję tak, żeby nie przyspieszać końca. Robię, co potrafię. \
To są dwie bardzo ciekawe postawy, zwłaszcza że Żanna, choć w drugiej części tekstu opowiada sobie samą siebie jako zrównoważoną i rozsądną, wcale zrównoważona i rozsądna nie jest - ma ciągłe koszmary, strasznie przeżywa relacje z rodzicami, fakt, że ich zawiodła, wyprowadzkę z domu, pracę, widać, że jest rozdarta.
Problem polega na tym, że opowiadanie wydaje się wiedzieć po której stronie należy stanąć, opowiada nam tych rodziców jako niesympatycznych foliarzy, którzy w oburzający sposób zawodzą zaufanie córki, robią to do tego poniekąd w imię niczego - ponieważ są ignorantami, ich wielkie przestępstwo nie ma szans odbić się żadnym echem. Ich życie toczy się w Życiu, oderwane od twardej rzeczywistości, po której chodzi Żanna. I choć nie ma nikogo, kto by totalnie z Życia nie korzystał, Żanna nie ma na nie tyle czasu co jej rodzice i głównie używa go do oglądania starych filmów z czasów internetu, zdaje się że najbardziej pokochała "Pojutrze" (niewymienione z tytułu, ale tak mi się wydaje po opisach kadrów).
Na początku opowiadania Żanna rozmyśla o wydarzeniach w rijadzkiej arkologii, gdzie doszło do awarii w elektrowni:
Rijadzka arkologia straciła zasilanie pięć tygodni temu. Potężne akumulatornie zaprojektowano na czternaście dni nieprze- rwanej pracy. Gdy dziesiątego nadal nie udało się usunąć awarii, ktoś z jajami ze stali podjął decyzję o ewakuowaniu ludzi do obozu tymczasowego na powierzchni.
Na pustyni.
(...)To był wybór pomiędzy skazaniem części ludzi na śmierć z powodu upału, a narażeniem wszystkich na powolne umieranie z głodu przez miesiące potrzebne, by odtworzyć uprawy. Jednak podjąć tę decyzję, wziąć na siebie odpowiedzialność, że ktoś zginie, a nie czekać do ostatniej minuty w nadziei, że a nuż…
Jest to bardzo piękny foreshadowing tego, co sama zrobi w kulminacyjnej scenie tekstu, podejmując decyzję, która może kosztować rodziców życie (ostatecznie nie kosztuje), wybierając wreszcie pomiędzy ich, a własnymi poglądami.
No i to jest fajne, ale ponieważ narracja przez cały czas opowiada się bardzo wyraźnie po jednej ze stron, przechodzi, jak na mój gust, trochę zbyt łatwo, trochę za mało dramatycznie. Nie jest tak, że autorka się nie stara, mamy opisy różnych zimych potów, splątanych myśli, kołatającego serca, ale jest wiele elementów, które sprawiają, że trudno w nie uwierzyć.
Jednym z nich jest fakt, że to opowiadanie chce zrobić robotę tekstu nieco dłuższego, może mikropowieści, a może w ogóle powieści. Relacja Żanny z rodzicami jest narysowana z dbałością o szczegół, bo jest kluczowa dla fabuły, ale przeciwwagą dla tych rodziców ma być troje bohaterów - dwoje kolegów z pracy i współlokatorka - z którymi Żannę łączą dość serdeczne stosunki. No i widać na stronie że są serdeczne, ale przeciwwagą są żadną, gdyż te relacje są nam po prostu dane, bez dynamiki, rozwoju i problemów. Rodzice zajmują w głowie Żanny znacznie więcej miejsca niż Miro, Marzena i Eszka. Zwłaszcza opis relacji z tą ostatnią jest poprowadzony dość dziwnie; pierwsza informacja jaką o niej dostajemy każe myśleć, że jest raczej uciążliwą współlokatorką, a potem okazuje się być ciepłą osobą, która o Żannie wie wszystko, zawsze służy wsparciem i jest skłonna dla niej pokonać swoje największe lęki choć znają się wszystkiego trzy tygodnie. Wątek po prostu nie dostał w ogóle przestrzeni żeby się umocować w fabule i rozwinąć - dostaliśmy tylko jego efekt. Z drugiej strony - Eszka przynajmniej ma wątek, Miro i Marzena po prostu są, by spełnić rolę w fabule. Co samo w sobie nie jest złe, ale waga tych postaci nie jest w żaden sposób porównywalna z wagą rodziców, a opowiadanie chce być o tym, jak relacje przyjacielsko-pracowe nad rodzinnymi ostatecznie przeważają.
Chwaliłam worldbuilding i w wielu miejscach jest on bardzo udany - ale w równie wielu kuleje. Z jednej strony potrzeba sporo dobrej woli, żeby wczuć się w bardzo szczegółowe dla laika opisy działania elektrowni - dostajemy je od razu na początku i jest to po prostu wyzwanie. Dostajemy mnóstwo pojęć, konceptów i wzmianek o zjawiskach, które nigdy nie zostają wyjaśnione. Ale no powiedzmy że scifi stawia przed czytelnikami takie wyzwania i tradycja gatunku każe je podejmować, jak już się wczułam, to ta industrialność była fajna. Z "wrokologią" i "arkologią" nie pogodziłam się nigdy, choć przy drugim czytaniu już ogarnęłam, że "arkologia" to jest faktyczny termin z urbanistyki, a wrokologia bo arkologia we Wrocławiu. Nie mam pojęcia czym jest Ściana, pojęcie pojawia się w opowiadaniu dwa razy, nie jest wyjaśnione, raz jest capsem, więc nawet nie od razu się orientujemy że to "jestem za Ścianą" a nie "jestem za ścianą".
No i jest społeczeństwo. Społeczeństwo, na które jest bardzo ciekawy pomysł, ale na przemyślenie którego nie starczyło miejsca, czasu, pary. Jednym z wielu wymiarów konfliktu przedstawionego w opowiadaniu jest ten między życiem reprezentowanym przez Żannę, a Życiem reprezentowanym przez jej rodziców (dla jasności wywodu lepiej by było pewnie pisać "real i Życie" albo coś, ale kocham że jest życie i Życie). Życie przez "Ż" to przestrzeń podwyższonych emocji i wysokiej saturacji, życie to przestrzeń pragmatyzmu, realizmu i pokory. To jest w ogóle świetna metafora naszego online'u i naszego offline'u, natomiast w moim odczuciu opowiadanie ewidentnie przeciwstawia sobie życie i Życie, jednemu nadając dużo większą wartość moralną.
Tylko że Żanna ciągle mówi, że dba o to, żeby ludzie w arkologiach mieli Życie, tekst często podkreśla, że no w arkologii nie bardzo jest co robić poza Życiem (czy w tym świecie wszyscy którzy nie pracują przy elektrowni albo uprawach pracują w Życiu? nie wiadomo).
To byłby świetny wątek do eksplorowania w dłuższej formie, to jak ten świat jest pełen paradoksów i sam się zapędza w kozi róg, jak odpowiedzi które Żanna dla siebie znajduje świetnie działają dla Żanny, ale nie mogą działać dla wszystkich. Ale niestety "Raz, dwa, trzy..." dłuższą formą nie jest. No i zakleszcza się między mnogością treści, wątków, konotacji, a skąpością formy i nie wychodzi mu to na dobre. Elementy które są dopracowane, są dopracowane w drobnych szczegółach i dobrze narysowane - elektrownia, wyrazista relacja z rodzicami, znerwicowanie bohaterki. W efekcie brak dopracowania pozostałych elementów, które powinny albo dostać więcej miejsca żeby wybrzmieć albo zniknąć - przyjaciół, kontekstu społecznego, kształtu świata - daje po oczach i wybija z rytmu. Fakt, że tekst od początku stoi po jednej ze stron konfliktu nieszczególnie pomaga w zaangażowaniu i rozważeniu, ciekawych przecież, pytań, które "Raz, dwa, trzy..." stawia.
Szkoda, bo jest tyle fajnych ścieżek do interpretacji tego opowiadania. Można na nie patrzeć jak na propozycję ustawienia się wobec kwestii klimatycznych i w ogóle chaotycznego świata, jak na wyraz zmęczenia krzykliwym online'owym aktywizmem, można zobaczyć w nim odbicie relacji ludzi, którzy dorastali w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych z rodzicami którzy Walczyli Z Komunizmem i od czasu do czasu wyrażają opinię, że młodzieży to się teraz nie chce.
Kiedy wierzę w Żannę, podziwiam jej postawę, podoba mi się jej miłość do upadającego świata, na którego upadek już nic nie można poradzić. Fascynuje mnie takie podejście do apokalipsy, robienie swojego i godzenie się z tym, że będzie co będzie (zabawne że jej rodzice należą do grupy która nazywa się Pokorni podczas kiedy uosobieniem pokory jest właśnie Żanna). Kiedy wierzę w świat tego opowiadania, jest piękny smutnym pięknem. Kiedy zaczynam go rozkminiać, jestem zafascynowana potencjałem opowieści, które w nim tkwią. Ale ponieważ grzybków w tym barszczu jest za dużo i nie mieszczą się wszystkie, to momenty kiedy wierzę w Żannę i jej świat, są tylko przebłyskami.