#nikogo

Powrót do wolnych blokowisk

"Wolne blokowiska" Małgorzaty Lewandowskiej są tekstem sprawnie napisanym, ciekawie skonstruowanym, z bardzo dobrą puentą i kilkoma rewelacyjnymi gorzkimi refleksjami. To historia syna marnotrawnego, który straciwszy pracę w Warszawie wraca na dystopijnie zmienione Podlasie i odkrywa wartość uczciwej pracy na rzecz społeczności. Jest to kolejne opowiadanie, które personalnie zakwalifikowałabym jako solarpunkowe - w tym sensie, że opowiada o kooperacji, oddolnej organizacji i buncie wobec istniejącego systemu, o działaniu w szczelinach. Są pomidory na balkonach, kurnik na podwórku, kradzież karpi ze stawu pracodawcy. Jest bardzo dobrze zarysowana dystopia - o wiele łatwiej mi uwierzyć w nią niż w tę przedstawioną w Opowieści miłosnej o końcu świata. Widzę dziury, pewnie, ale łatwiej mi przyjąć, że nie chodzi tu o spójność, a o karykaturę i wyolbrzymienie pewnych trendów. Zobaczcie zresztą sami:

Bogacze grodzili się na potęgę od wszystkiego, co im tylko przyszło na myśl. Od siebie, od lokalsów, od obcych, od złodziei i potencjalnych uchodźców klimatycznych lub innych. Wspólnie, choć niezależnie od siebie, uczynili tę część Polski najlepiej ufortyfikowanym regionem, czym nie omieszkał pochwalić się rząd, przedstawiając to jako sukces. Ogłoszone z pompą na specjalnej konferencji zabezpieczenie wschodniej flanki.

Prychnęłam, zamyśliłam się, skrzywiłam na wykrzywioną prawdziwość tego fragmentu. Albo ten:

AI mogło zastąpić ludzi przy tworzeniu sztuki czy przy profesjonalnych analizach, lecz nie sprawdzała się przy pracach manualnych, takich jak sprzątanie lub pielęgnacja zieleni. Postęp technologiczny w bezwzględny sposób udowodnił wyższość ludzkich dłoni nad mózgiem. To ostatnie można było zaskakująco prosto zastąpić. Osadzonej na mobilnej konstrukcji pary dłoni z ewolucyjnie dopracowanym układem mięśni, ścięgien, naczyń krwionośnych, nerwów, kosteczek i stawów oraz skórą napakowaną pierdylionem wyśrubowanych receptorów, umożliwiających błyskawiczną adaptację do różnych powierzchni i perfekcyjne regulowanie siły nacisku – już nie.

AI niedługo się wyjebie na ryj i jest droższe od ludzi, ale ten fragment jest wspaniały, plastyczny, mięsisty, obrazowy i w ogóle świetnie się wpasowuje w tematykę opowiadania, które w dużej mierze traktuje o tym, jak bohater odkrywa wartość Pracy Własnymi Rękami. Pewnie, społeczność też, ale jednak różnica pomiędzy niematerialną, pustą Pracą Biurową W Warszawie (nie wiemy w sumie co tam robił), a Prawdziwą Pracą na Podlasiu jest dla tego tekstu absolutnie podstawowa.

Wiele rzeczy tutaj działa - połączenie sielanki i dystopii, zbudowanie tej sielanki na nieszczęściach mieszkańców i ich ciężkiej pracy, sugestywny obraz zmian społecznych. Opowiadanie jest - albo stara się być - osnute na dylemacie, przed którym społeczność staje, ale, choć jest to fajna sztuczka, sam dylemat nie ma dla treści znaczenia, co mnie trochę rozczarowuje. Konstrukcyjnie jest fajną klamrą, to że pytanie pozostaje otwarte i zgrabnie zadane czytelnikowi daje nam zgrabne zakończenie, ale jest to klamra, która mogłaby równie dobrze spinać opowieść o innym sąsiedzkim ogrodzie, w wydarzeniac opowiadania nic się z nią nie łączy ani nic do niej nie prowadzi, mam więc tu mieszane uczucia.

Personalnie bardzo doceniam też odwrócenie narracji o małych miasteczkach i ubóstwie która już mi się trochę przejadła - tej, w której miasteczka wyłącznie umierają i nic się na to nie da poradzić, tej w której ubóstwo to wyłącznie wiszący nad bohaterami ciężar, ładunek nieszczęścia, kamień u szyi, ładunek beznadziei. Czy bohater polskiej powieści kupił już ubranie w szmateksie bez traumy?1

Tutaj mamy ubóstwo w innej odsłonie, sprytne, odporne, wzmacniające więzi społeczne, oddające godność, historię o tym, że sól ziemi pozostanie solą ziemi bez względu na bogaczy. Jest to przy tym sprawnie napisane i dobrze łączy lekkość narracji z ciężkością materii.

W efekcie, najwyraźniej, redakcja uznała, że nie ma tu nic do roboty. Co uważam za zbrodnicze.

Obok fragmentów celnych i pięknych (jak te zacytowane powyżej, albo jak bardzo przeze mnie lubiane "Potem wszystko przyspieszyło, a moja codzienność stoczyła się szybko i sprawnie po zboczu życiowego awansu, które wcześniej zdobywałem z ogromnym trudem") są takie, które są pokraczne, dziwne czy niezrozumiałe do tego stopnia, że już na otwarciu opowiadania przewracałam oczami. I to nie zarzut do autorki - szanuję takie pisanie na maksa w którym każde zdanie ma być jakieś i patrzymy co się przyklei, co zadziała. To bardzo dobry sposób na wyciąganięcie ze swojego tekstu maksimum potencjału.

Tylko trzeba mieć do tego albo czas na to, żeby zrobić odsiew albo redakcję która odbije piłeczkę.

Tymczasem na przestrzeni dwóch słów mamy jednocześnie kalkę z angielskiego i błąd w odmianie. Mamy, obok dobrych kwestii dialogowych i naturalnych zachowań bohaterów, kwestie i zachowania sztywne albo dziwne. Mamy w ogóle bohaterów, którzy zachowują się w sposób, który nas przekonuje i ich uprawdziwia - i których historia i relacje wydają się do tych zachowań nie pasować. Mamy ojca, mówiącego do dorosłego syna "Aniela, moja siostra, wpadła na pomysł, aby spróbować je wytrenować". On raczej wie, że to twoja siostra, kolego. Bo to jego ciotka. Znają się kilkadziesiąt lat. To jest w tekście.

Trochę więcej szlifowania i byłby to naprawdę świetny tekst. Ponieważ go zabrakło, musimy włożyć pewien wysiłek żeby zobaczyć tak rzeczy, które już są w nim fajne, jak i ukryty potencjał innych. Ale ogólnie to warto.

  1. Artykuł linkuję żeby to zdanie nie było zupełnie z dupy, jeśli ktoś go nie kojarzy. Nie pamiętam już nawet po której stronie stałam w tym sporze i czy artykuł mi się podobał (chyba tak...?), ale ten tytuł żyje w mojej głowie i moim słowniku od trzech lat i kocham go.

#fikcja klimatyczna w polsce #małgorzata lewandowska #o opowiadaniach