Jesteśmy lękowymi psami, które uczą się pisać
Ukułyśmy kiedyś z przyjaciółką moją taką teorię/ponury dowcip, że odpowiedź na pytanie "jak napisać pierwszą powieść mając dwadzieścia parę lat" brzmi "trzeba być bardzo zestresowaną, robić rzeczy które cię przerastają i na które nie jesteś gotowa i nie mieć zdrowych sposobów na radzenie sobie z emocjami". Ja kiedy pisałam Iluzję reżyserowałam musical i zawalałam studia, ona pisząc swój pierwszy cykl zakładała firmę, obie napisałyśmy pierwsze książki w tle tych wydarzeń, bezwysiłkowo, prawie o tym nie myśląc, nie wiedząc za wiele o sobie ani o świecie.
Kocham Iluzję, jest, uważam, jedną z lepszych polskich powieści fantasy jakie wyszły w latach nastych, ale no widać po niej ten proces twórczy i okoliczności powstania, mimo wielu rund redakcji i lat leżakowania.
Naście lat później, kiedy się jest już bardziej dorosłą osobą albo nie daj Boże świadomą twórczynią, jest już trudniej, ale UDAŁO MI SIĘ. W marcu "skończyłam powieść", tzn. pierwszą wersję powieści która jest niepokazywalnym bajzlem, w połowie zmienia trajektorię i koncepcję na siebie, porzuca wątki i zmienia antagonistkę, ale doszłam do ostatniej sceny, po której nie było nic dalej do dopisania.
Nie jest to wiedza tajemna w moim kręgu znajomych, i trochę w związku z tym miałam dwa encountery. Jeden zawierał pytanie, drugi zawierał defetyzm i z ich połączonych mocy powstał pomysł na tę notkę.
Encounter pierwszy był taki, że szłam do parku z hamakiem w celu aby nie robić absolutnie nic i spotkałam pod murem teatru jednego z moich przyjaciół. Przyjaciel jest człowiekiem pełnym pasji, zasadniczym, miłującym dyscyplinę, skłonnym do hiperfiksacji i perfekcjonizmu i zapytał mnie, mniej więcej, "a czy ty masz jakąś rutynę pisarską, czy sobie wyznaczasz przestrzeń albo limity albo coś bo ja SIĘ NIE MOGĘ ZMUSIĆ DO PISANIA".
Drugi encounter był taki, że zdzwoniłam się, jak to czynię co pół roku lub kwartał, z innym moim przyjacielem, człowiekiem pełnym pasji, porządnym, skłonnym do hiperfiksacji i perfekcjonizmu, i powiedział mi on w jakiejś dygresji coś w stylu, "wiesz, ja to się już godzę z tym że nic swojego nie napiszę, bo jak nie mam deadline'u to nie mogę, nie mam takiej systematyczności, NIE POTRAFIĘ SIĘ ZMUSIĆ".
Obu usiłowałam przekazać mądrość mojego ludu, obaj nie wyglądali na przekonanych i już wtedy zaczęłam myśleć o tym, że może pójdę na bloga, gdzie łatwiej wyobrażać sobie, że ktoś jest przekonany, bo nie widać reakcji.
Bo przyjaciele. Czytelnicy. Znajomi i nieznajomi. Bliźni z tej czy innej ziemi. Nie zmusicie się do pisania tak, jak myślicie że powinniście się zmusić, z dnia na dzień stając się osobami, które nie "marnują czasu", postanawiają że będą pisać i piszą i nie ruszają dupy póki nie napiszą.
Chodźcie, pokażę wam twarde dane z powieści której mniejsza połowa powstała między październikiem 2024 a grudniem 2025, a większa - w cztery miesiące 2026 roku.

Systematyczne pisanie jest prostsze i bardziej frustrujące niż myślicie: pisać jak się uda i uznawać że wordcount 1 to sukces. Oczywiście statystyki nie uwzględniają tego, że czasem pisałam i kasowałam sceny (zwyczaj który staram się wyplenić, bo jestem na etapie, że w pierwszej wersji liczy się tylko parcie do przodu, wyklepie się później), ale to było tylko kilka przypadków. Dni kiedy dodawałam trzydzieści czy pięćdziesiąt słów mając edytor otwarty przez dwie godziny są prawdziwe Idle time 92% jest prawdziwy. Tak się zaczyna, rozwija i kończy powieść: byle jak i na odpierdol.
Po tym jak zaczęłam pracować w gamedewówku osiem lat temu, przestałam regularnie pisać swoje rzeczy - z przerwą na Dorotkę i siedemnaście rzek o którą poprosiła mnie Weronika Mamuna, więc nie mogłam odmówić, i na jakieś solo gierki dla przyjemności, które liczę dlatego, że po fakcie pomyślałam sobie, że o, mam to nadal w sobie. Pisałam do pracy i po niej już nie miałam różnych rzeczy, które są do pisania potrzebne - czasu, siły, ochoty, potrzeby, emocji z którymi nie umiałam sobie poradzić. Miałam też dużo do nauczenia się, bo pisanie do gier to zupełnie inna broszka niż pisanie nie do gier i jakoś nie było przestrzeni.
Mimo to myślałam że część z tych rzeczy, których uczę się przy okazji gier przyda mi się w literaturze. I w tym miałam w ogóle rację, ale przydały mi się zupełnie inne rzeczy niż myślałam że się przydadzą.
Stawiałam że planowanie, myślenie o strukturze, sadzanie dupy na krześle i produkowanie liter czy chcę czy nie to będzie taka topka topki, a tymczasem w ogóle nie. Miałam plan na tę powieść, bywał przydatny żeby sobie kickstartować sceny, które mniej więcej w drugim akapicie postanawiałam napisać inaczej i pociągnąć w inną stronę. Myślenie o strukturze na wczesnym etapie bardziej mi przeszkadza niż robi cokolwiek innego, jak coś mi się nie będzie zgadzać gdzieś w trzeciej wersji to może się przyda. Sadzanie dupy na krześle i produkowanie liter czy chcę czy nie nie sprawdza się w prywacie, bo nikt mi za to kurwa nie płaci i nikt nie ma władzy uznać że nie spełniam oczekiwań i przestać mi płacić. Zmuszanie się do rzeczy działa tylko w warunkach terroru nawet jeśli to przezroczysty miękki terror kapitalizmu.
Co mi się przydało w stopniu NIEOPISANYM to umiejętność pisania czego-kurwa-kolwiek byle działało. Zasadniczo jak macie grę to tam jest wiele elementów które muszą ze sobą współgrać i im szybciej je się poskłada razem tym lepiej dla wszystkich. I poniekąd wszystko jedno jak wyglądają, byleby spełniały bazową funkcję. Więc czasem piszę dosłownie "tu jest śmieszny dialog w którym dowiadujemy się xyz i możemy wybrać abc", dodaję zmienne które muszą się zmienić, i cyk, i istnieje plik, który można wrzucić do gry i pograć i sprawdzić czy działa. I takie wyjebane podejście do pierwszej wersji prozy jest absolutnie bezcenne. Cała reszta to raczej pasywki które pewnie jakoś wpływają na jakość życia i tekstu, ale nie zauważam tego za bardzo.
Ale to w ogóle dygresja, bo zaczęłam pisać o tym, że przestałam pisać kiedy przyszłam do gamedewówka po to, żeby powiedzieć, że musialam się z powrotem nauczyć pracować nad swoimi rzeczami. Terror nie działał. Rezerwowanie sobie czasu na pisanie nie działało. Traktowanie tego jak pracy nie działało.
Działało cokolwiek działało.
Jeśli nie mogłam siedzieć przez godzinę bez dystrakcji i pisać to pozwalałam sobie pisać pomiędzy dystrakcjami. Dwie godziny scrollowania, dwie minuty pisania - sukces. Jeśli nie mogłam napisać pięciuset słów dziennie - przez jakiś czas mogłam, ale potem dość długo nie - zmniejszyłam limit do dwustu. Potem limit zniosłam, siedem słów też spoko, chociaż często starałam się jakoś dolać wodę żeby było dwieście. Każdy pusty akapit o niczym był sukcesem bo jakoś mnie zbliżał do tego, czym ta książka ma być. Pisałam rano. Pisałam wieczorem - tu niski limit albo brak był pomocny bo senność nie była aż takim problemem. Wracałam do pisania po dwóch, trzech tygodniach. Im mniej po sobie jebałam, im mniej sobie stawiałam warunków, na im więcej sobie pozwalałam, tym częściej udawało mi się ten edytor jednak otworzyć, im byłam łagodniejsza i im mniej się przejmowałam co właściwie jest napisane, tym łatwiej było pisać.
A potem - po półtora roku! - skończyłam pierwszą połowę, przeszłam do drugiej która miała być retrospekcją i książka zaczęła śpiewać, zaczęła pisać się sama. Chujowo i po łebkach, ale w 2026 siadałam nad tym już niemal codziennie prócz niedziel i rzadko pisałam mniej niż pięćset słów, wielokrotnie przebiłam tysiąc. Wcześniej zrobiłam 1500 raz, i to było jak pojechałyśmy z przyjaciółkami na weekend który zakładał wyłącznie pisanie (dobra, pisanie i imprezę tłustoczwartkową z pączkami i winem).
Kiedy przychodzi do pisania swoich rzeczy, nie jesteś wojskowym albo wojskową, nie jesteś swoim niewolnikiem, batożenie się zostaw w sypialni.
Przez chwilę w tym roku miałam na horyzoncie adopcję psa i czytałam trochę jak uczyć je rzeczy - konkretnie jeżdżenia pociągiem. Poczytajcie jak nauczyć psa jeździć pociągiem albo nosić kaganiec, a potem załóżcie że jesteście lękowymi psami, które uczą się pisać.